Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kołobrzeg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kołobrzeg. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2011

Żegnaj Kołobrzegu

Wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć. Tak też nasz urlop dobiegł końca. Od jutra powrót do codziennych obowiązków. Tymczasem siedzimy już w pociągu i ruszamy w podróż powrotną. Ten wyjazd był podróżą rodzinno-wypoczynkową. Odpocząć nam się udało. Pospędzać trochę czasu z rodziną narzeczonego, aby lepiej się poznać też nam się udało. Jedyne co nam się nie udało to pokorzystać z letnich uroków morza. Jechaliśmy z nastawieniem, że jeszcze uda nam się zażyć morskich kąpieli i trochę więcej poplażować. Wyjazd okazał się już bardziej wyjazdem jesiennym, co przecież też ma swoje uroki. Za ten udany wypoczynek chciałabym podziękować przede wszystkim mojemu Milkowi. Dziękuję Kochanie za piękne chwile, romantyczny nastrój i wakacyjne atrakcje. Kolejne wyrazy podziękowania należą się Krysi i Panu Heniowi za gościnność i rodziną atmosferę. Zaś szczególne podziękowania kieruję do Babci Jadzi za uśmiech, dobre słowo i przypomnienie mi jak to wspaniale jest mieć Babcię. Wakacje się kończą, ale moje ciepłe myśli na długo jeszcze pozostaną w Kołobrzegu. Do spotkania znowu. Mam nadzieję, że niebawem.

Kołobrzeskie molo

Te moment musiał w końcu nastąpić. Urlop się kończy i pora wracać do domu i do swoich obowiązków. Pogoda stała się dla nas troszkę łaskawsza, ostatnie dni minęły bez opadów, więc można było trochę jeszcze pospacerować. W piątek pomimo nieśmiało wyglądającego zza chmur słońca był dość silny wiatr i morze wyglądało groźnie. Postanowiliśmy poobcować z nim trochę bliżej i wybraliśmy się na przechadzkę po kołobrzeskim molo. A tak wygląda groźne morze widziane właśnie z mola:



W takim miejscu jak molo czuje się respekt przed tym żywiołem jakim jest morze. Ciekawymi i ciekawskimi towarzyszami naszego spaceru były ptaki, które zdawały się wręcz pozować do fotografii. Aż żałowaliśmy, że nie zabraliśmy ze sobą jakiegoś jedzenia aby zapłacić im za tą pracę. A oto efekt ptasiej sesji fotograficznej:






Published with Blogger-droid v1.7.4

wtorek, 6 września 2011

W poszukiwaniu pozytywów.

Dziś obiecałam sobie zwracać uwagę tylko na budujące, pozytywne rzeczy. Zero narzekania! Rankiem obudziło mnie słońce świecące wprost do okna. No to pierwszy pozytyw już mam. Deszcz nie pada więc będzie można się wybrać na plażę. Spojrzałam na ścianę a na niej malowała się tęcza. Tęcza w pokoju? Przetarłam oczy i dopiero po chwili dostrzegłam, że to jest światło odbijające się od tapety witrażowej w drzwiach. Ale efekt sami zobaczcie wyszedł całkiem ciekawy.



W drodze nad morze zauważyłam bardzo ciekawą rzeźbę stojącą w jednym z ogródków. Według mnie przedstawia ona kobietę przeglądającą się w lustrze. W słonecznym blasku lśniła prześlicznie.


Po wejściu na plażę zauważyłam ze zdziwieniem, że nie ma dziś na niej pogłębiarek i można się wsłuchać w szum morza. Co prawda pojawiły się trochę później, ale w miejscu dość oddalonym od miejsca naszego plażowania, więc nie były tym razem bardzo uciążliwe. Wiał wiatr od morza i przeganiał po niebie białe obłoki zza których co chwilę wyglądało słonko.



Po przedpołudniu spędzonym na plaży, w dobrych nastrojach i po smacznym obiedzie, udaliśmy się do jednego z ulubionych naszych miejsc w Kołobrzegu - Parku im. Henryka Dąbrowskiego. Park ukryty jest pomiędzy blokami. Właściwie w samym centrum miasta. Wchodząc jednak do niego odnosi się wrażenie, że przenieśliśmy się do enklawy zieleni i wodnego ptactwa. Zupełnie inny świat. Rok temu to miejsce wyglądało tak:


Prawda, że pięknie? To co dziś zobaczyliśmy wprawiło nas w osłupienie. Zamiast jeziorka na którym zazwyczaj pływały kaczki wyprowadzając swoje młode na spacer zobaczyliśmy taki widok:



Straszne co? Zamiast tafli jeziora zobaczyliśmy dno pokryte butelkami, oponami, zepsutym sprzętem agd i innymi śmieciami. Ale wiecie co? Ten widok wbrew pozorom był najbardziej pozytywnym widokiem dzisiejszego dnia. Ponieważ jak później się dowiedzieliśmy rozpoczęto rewitalizację tego magicznego miejsca. Pod okiem specjalistów zadbano o ryby i ptactwo. Oczyszczone zostanie dno, a później wszystko wróci do biologicznej równowagi. Trzymamy kciuki za to miejsce i z pewnością wrócimy tu za rok, aby podziwiać efekty tych prac.

poniedziałek, 5 września 2011

Fotografia przedślubna.

Pomimo Waszych ciepłych życzeń dotyczących pogody nie utrzymała się ona dłużej niż przez weekend. Poniedziałek przywitał nas chmurami i deszczem. Obiecałam sobie po wczorajszym narzekaniu dziś być większą optymistką. Nie dam się tej pogodzie! Nie popsuje mi ona dobrego nastroju i pozytywnego nastawienia. Skoro nie korzystamy z uroków lata to musimy na dziś znaleźć sobie inne zajęcie. A może wybierzemy się do fotografa? Mieliśmy zrobić sobie profesjonalną fotkę do zaproszeń ślubnych - powiedział narzeczony. No fakt. Dawno planowaliśmy się wybrać do fotografa, ale jakoś nigdy nie znaleźliśmy na to czasu. Tak więc cel został obrany. Ruszamy na poszukiwanie zakładu fotograficznego. Pierwszy znaleźliśmy przy ul. Dubois. Niestety wykonywali jedynie zdjęcia do dokumentów. No cóż poszukamy dalej. Na tej samej ulicy znaleźliśmy studio fotograficzne zajmujące się fotografią artystyczną. Brzmi nieźle, udajemy się do lokalu na pięterku. Tu owszem chętnie wykonają z nami sesję fotograficzną robiąc ok 5 ujęć, za kwotę 130 zł. Zdjęcia w wersji elektronicznej (na których w przypadku naszych zaproszeń bardziej nam zależało) za dodatkową opłatą. Hymm... jak dla nas to trochę drogo. Tym bardziej, że do zaproszenia potrzebne jest nam jedno ujęcie. Poszliśmy więc dalej w poszukiwaniu kolejnego zakładu. Znaleźliśmy taki na ul. Łopuskiego. Za wykonanie fotografii portretowej w jednym egzemplarzu plus wersja elektroniczna 50 zł. Taniej chyba nie znajdziemy, więc zdecydowaliśmy się na zrobienie zdjęcia. Niezbyt uprzejmy Pan wprowadził nas do ciemnego pomieszczenia. Pewnie za chwilę ustawi oświetlenie i ustawi nas w odpowiedniej pozie. Nic takiego nie nastąpiło. Jedyne zdanie które wypowiedział Pan to było - Proszę się trochę przysunąć do Pani. Potem nastąpiły trzy błyski flesza i koniec. Uiściliśmy opłatę i było po wszystkim. Zdjęcie będzie gotowe o 15 - usłyszeliśmy na odchodnym. Pełni złych obaw poszliśmy pospacerować po starówce, aby doczekać do 15-tej. Ten czas spędziliśmy bardzo miło, rozmawiając, obserwując spacerujących turystów i konsumując na wolnym powietrzu w ogródku dania obiadowe kuchni włoskiej. I nie była to bynajmniej pizza. Ogródek na szczęście osłonięty był parasolami, bo tuż po 14 zaczęło znowu padać. Kiedy minęła 15 ruszyliśmy w kierunku zakładu fotograficznego. Gburowaty Pan podał nam kopertę z naszym zdjęciem. To co zobaczyliśmy prawie zwaliło nas z nóg. Gorszego zdjęcia nikt nam nie zrobił. Oddaliśmy się w ręce profesjonalisty ufając w jego wiedzę i doświadczenie. To co zobaczyliśmy nijak nie nadawało się na portret a tym bardziej zaproszenie ślubne. Staliśmy z narzeczonym obok siebie jak dwoje przypadkowych ludzi z autobusu, a nie para którą łączy uczucie. Tło zdjęcia było kruczo czarne. Na tym tle moje aktualnie mahoniowe włosy i ciemno brązowe włosy mojego narzeczonego były prawie niewidoczne. Brak podświetlenia przy robieniu zdjęcia spowodował zaznaczające się pod oczami cienie, natomiast moja szyja i ramiona odbijały światło flesza tak jakby były wysmarowane olejem. Jednym słowem fotka nie nadaje się do celu w jakim została wykonana, ani też do żadnego innego celu. Wybaczcie, że jej tu Wam nie pokaże, ale w przypływie rozczarowania i nie ukrywam złości potargałam jedyną odbitkę. Za oknem deszcz nadal pada. Urlop przekroczył już półmetek. Fotografia przedślubna nie wyszła. I jak tu nie narzekać? Oj trudne zadanie przede mną.

niedziela, 4 września 2011

Uroki plażowania

Z góry zaznaczam, że dziś będę narzekać i wpis będzie miał charakter malkontencki. Słonko świeciło od rana, prognozy całkiem optymistyczne, więc postanowiliśmy wreszcie poplażować. No bo po cóż przemierzamy całą Polskę jak nie po odrobinę relaksu na piaszczystej plaży, po to aby nacieszyć oczy widokiem przepływających statków i usłyszeć błogi szum fal rozbijających się o brzeg. Z takim nastawieniem przybywamy na północny kraniec kraju. Takoż i my owładnięci podobnymi pragnieniami pognaliśmy w kierunku morza. Zamiast cieszyć się z jego uroków, zaczęłam jak już zapowiedziałam narzekać. Ale jak tu tego nie robić skoro nim rozłożyliśmy nasz plażowy ekwipunek musieliśmy uprzątnąć "swój" kawałek plaży z petów papierosowych i kawałków szkła. No dobra piasek uprzątnięty, kocyk rozłożony, pora na kontemplowanie cudownych widoków. Rozejrzałam się i na brzegu zobaczyłam stojącego w płytkiej wodzie pana z dużym czarnym psem. Pies, że tak powiem załatwiał swoją potrzebę fizjologiczną, a jego właściciel cierpliwie czekał aż pupil skończy. Musicie wiedzieć, że jestem wielbicielką czworonogów. Sama posiadam pieska (a raczej suczkę), ale zbulwersował mnie ten widok. Czy gdy schodziliśmy na plaże na płocie wisiała tabliczka z zakazem wprowadzania psów czy tylko mi się tak zdawało? Zapytałam narzeczonego. Nie zdawało Ci się. Wisiała i to dość sporych rozmiarów - odparł. Jak widać ludzie nie respektują tego przepisu, bo podczas naszej bytności na plaży widzieliśmy jeszcze cztery psy. Czy tylko mnie to razi? Jakie jest Wasze zdanie?
Myślę ukoję skołatane nerwy widokiem spokojnej morskiej toni. Spoglądam na wodę i moim oczom ukazuje się taki widok.

Nie wspomnę już o dobywającym się z owych maszyn hałasie, skutecznie zagłuszającym przyjemny szum fal. Czy tak wyobrażałam sobie niedzielny wypoczynek na plaży? Zdecydowanie nie! W dodatki zepsuła mi się niedawno kupiona torebka. Zerwał się pasek i rozleciał zamek. Oddanie jej do naprawy przewyższyłoby chyba jej cenę. Postanowiłam więc zainwestować w nowa torebkę. Mam nadzieję, że posłuży mi dłużej niż ta poprzednia, która wytrzymała zaledwie miesiąc.
No i powiedzcie sami, jak w takim dniu nie narzekać?
Published with Blogger-droid v1.7.4

Lato wróciło, więc grilujemy.

Wczoraj uczestniczyliśmy w tradycyjnym (bo staje się to już coroczną tradycją podczas naszego pobytu w Kołobrzegu) grilu z rodziną mojego narzeczonego. Była pyszna karkówka, wesołe rozmowy. Komary cieły aż jedna uciecha, ale nie udało im się nas przegonić. Wieczór zakończył się małym pokazem zabawy ogniem, którego efekt fotograficzny sami możecie zobaczyć.
Był to pierwszy naprawdę ciepły wieczór, więc wykorzystaliśmy go do maksimum siedząc długo jeszcze po zapadnięciu zmroku.

Published with Blogger-droid v1.7.4

piątek, 2 września 2011

Tak upragnione słońce.

Wczorajszy dzień był pochmurny i deszczowy, aż do bólu. Więc poza krótką wyprawą do sklepu siedzieliśmy w domu oglądając telewizję i buszując po internecie. Za to poranek przywitał nas słońcem. Od razu chce się żyć i wyjść z domu. Temperatura jednak nie chciała nas porozpieszczać i na plażowanie raczej nie mamy co liczyć. A tak bardzo marzymy już o zanurzeniu się w słonej wodzie. Aby chociaż częściowo zrealizować nasze pragnienia wybraliśmy się do Parku Wodnego "Morska Odyseja" przy Sanatorium Uzdrowiskowym "Bałtyk".

Nazwa dość szumna jak na to co zastaliśmy. Cały kompleks składa się z dwóch basenów. Pierwszy to basen z solanką o głębokości od 0,9 - 1,1m. W nim jedynie dwa gejzery i jedna rynna do masażu. Brak stanowisk do masażu podwodnego czy chociażby ławeczki aby usiąść mocząc się w tej słonej wodzie. Popływać też się nie da bo woda na to zbyt płytka. Drugi to typowy basen pływacki o wymiarach 25 x 12,5m i głębokości od 1,2 - 1,5m ze słodką wodą. Jedyną atrakcją jest jacuzzi ze słoną wodą i... widokiem na morze. Pewnie powiecie że trochę marudzę i chyba macie odrobinę racji, ale odwiedziłam już kilka parków wodnych w kraju, a także za granicą i w takim miejscu jak Kołobrzeg spodziewałam się większej ilości atrakcji. Po kąpielach solankowych nieco wygłodzeni udaliśmy się do portu. Niedaleko którego znajduje się jedna z ulubionych przez nas w tym mieście restauracji. Nosi ona nazwę "Pod winogronami" i faktycznie pergola przed wejściem do lokalu porośniętą jest krzewami winnymi.

Jeżeli chcecie zjeść w Kołobrzegu dobrą rybę, a nie ma to być typowa smażona w głębokim oleju to z czystym sumieniem polecam to miejsce. My dziś postawiliśmy na sandacza w cieście piwnym oraz solę w jajku z krewetkami.

Moja sola wyglądała tak. Co prawda była z dodatkiem niezdrowych frytek, ale za to z duża ilością surówek. Jak zawsze w tym miejscu wyszliśmy zadowoleni i najedzeni. Po obiedzie dobrze nam zrobił spacer nadbrzeżem. Zauważyliśmy, że morze nareszcie przybrało znaną nam niebieskawą barwę. Zresztą sami zobaczcie i porównajcie z fotkami z poprzednich dni.

A zdjęcie to z widokiem na wejście do portu zrobiliśmy z tarasu widokowego na dachu restauracji "Mikado" gdzie wypiliśmy kawę rozkoszując się tak upragnionymi od kilku dni promieniami słońca. Chyba Wasze życzenia pogody poskutkowały. Za co Wam pięknie dziękujemy.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Z pogodą na bakier.

Pogoda wyraźnie nas nie lubi. Jesteśmy już 4 dzień w Kołobrzegu, a wciąż nie udało nam się wykąpać w morzu. Przyjdzie nam na to jeszcze poczekać bo temperatura, zamiast rosnąć spada z każdym dniem. Zamiast plażowania będziemy musieli wymyślić urlopowy plan "B". Może jakieś wycieczki do ościennych miejscowości? Kąpiele w basenach krytych? Zobaczymy co nam podpowie wyobraźnia. A może jednak pogoda się nad nami zlituje i powrócą upały. Ze względu na chłód i wiszące nad nami deszczowe chmury, spacer ograniczyliśmy do uliczek starówki. Ruch na uliczkach zdecydowanie mniejszy. Widać, że to już koniec wakacji i dzieciarnia wraca do szkół. Pierwsze krople deszczu kończą nasz spacer. Krótkie zakupy i wracamy do naszego letniego domu, aby chociaż kulinarnie popuścić wodze fantazji. Obiad wyszedł nam całkiem smakowity. Dla ciekawskich podaję menu: wątróbki drobiowe z cebulką i jabłkiem, ziemniaczki i sałata masłowa ze śmietaną.
Muszę jeszcze na chwilę wrócić do wczorajszego dnia. Wspominałam Wam o tańcu płaszczki, który nas zachwycił podczas wizyty w oceanarium. Udało nam się zamieścić krótki filmik z fragmentem tego widowiska. Sami zobaczcie cóż za gracja.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Zmiany

Dzisiejszy dzień miał być dniem totalnej plażowej laby. No tak, ale człowiek myśli...a Pan Bóg kreśli jak mówi przysłowie. Tak też było tym razem. Wybraliśmy się po śniadaniu na plażę pełni nadziei, że chmury które lekko przysłaniają słońce niebawem się rozwieją. Na plaży spotkało nas pierwsze rozczarowanie. Zamiast szumu morza i widoku baraszkujących mew zobaczyliśmy dziwny statek i usłyszeliśmy terkot pracujących maszyn. Zmiany jakie zachodzą w tym mieście dotknęły także plażę. Realizowany jest plan poszerzenia plaży i stąd pracujące statki-maszyny pogłębiarki. No cóż dla wyższego celu trzeba przetrzymać okres przejściowy, więc staraliśmy się rozkoszować morzem i nie dostrzegać niedogodności. Niestety pogoda zamiast się polepszyć pogorszyła się i o plażowaniu nie było już mowy. Postanowiliśmy zrobić sobie spacer i zobaczyć co się jeszcze zmieniło w mieście od naszego ostatniego tu pobytu. Powstało kilka nowych punktów gastronomicznych i sklepów, dokończono budowę pięknej zadaszonej sceny na obrzeżach parku. Mam nadzieję, że już w przyszłym roku odbywać się tam będą fajne koncerty. Miejscem nowym, które zasługuje na szczególną uwagę jest Oceanarium. Można tam zabrać dzieci na wyjazdową lekcję przyrody, ale i samemu można spędzić miłe chwile ciesząc oczy widokiem morskiej fauny. Nas zachwycił "taniec" płaszczki, który udało nam się sfilmować. A także różnorodność form i kolorów ryb. Trochę tych widoków zabraliśmy ze sobą dla Was.











Lubię wracać

"Co dzień nas gna w nowe strony zadyszany czas. W sto dat, w sto spraw wciąga nas, gna nas. I moje dni wszechobecny pośpiech, czasu znak naznaczy mi, może przez to tak lubię: Lubię wracać tam, gdzie byłem już. Pod ten balkon pełen pnących róż, Na uliczki te znajome tak. Do znajomych drzwi pukać..."
Tymi właśnie słowami  Zbigniewa Wodeckiego mogłabym zobrazować początek moich wakacji. Usiłuję wyhamować tempo swojego życia, rozkoszować się małymi przyjemnościami. Chyba dopada mnie "starość". Jeszcze kilka lat temu wolałabym odkrywać nowe zakątki Polski albo świata, a dziś stwierdzam ze zdziwieniem, że jak mówią słowa tej piosenki... lubię wracać tam gdzie byłam...
Moja wakacyjna droga przywiodła mnie po raz kolejny w przyjazne progi Kołobrzegu. Spaceruję więc po znajomych uliczkach i w tych wędrówkach trafiłam dziś w miejsce, którego nie może zabraknąć na trasie tych wędrówek. To miejsce, w którym odkryłam jedną z moich miłości-słabości jaka jest kawa... ale nie zwyczajna, kawa miętowa. Kto nigdy nie spróbował tego napoju może być zdziwiony tym połączeniem. Czy mięta może pasować do kawy?  Moje zmysły doznały szoku gdy po raz pierwszy wzięłam łyk tej kawy do ust. Smak kawy znajomy. Smak mięty też znajomy, ale połączenie zadziwiające dla zmysłów. To kawa, którą można kochać albo nienawidzić. Ja, jak już wiecie, zakochałam się w niej i ta miłość trwa już 5 lat. Nasze pierwsze spotkanie nastąpiło właśnie tu w Kołobrzegu, w tym magicznym miejscu. Miejsce to zwą "Pożegnanie z Afryką". Więc ilekroć jestem w Kołobrzegu, mój nos po niewidzialnej nitce przyciąga mnie do filiżanki tego aromatycznego napoju.

Znajome miejsca, smaki, aromaty... chyba tego było mi potrzeba aby dobrze zacząć WAKACJE.